Wróć do ciał pamięci
Ile ważą ludzkie wspomnienia?
Historie w dłonie zbierane.
Sny o Lataniu.
Taniec tak, jakby nikt nie patrzył...
Z(a)nikanie
„Ciała pamięci: laboratorium ruchu” to temat, który naturalnie we mnie rezonuje i zawsze przewija się w moich projektach o tym, co właśnie pamięta ciało, często w postaci tików, odruchów bezwarunkowych i masek przybierających postać…
Proces twórczy to kombinacja tego co już wiem i co w snach powraca. Obrazy i symbole, które z przeszłości przenikają do codziennego życia. To proces szkicowania i spisywania słów i myśli, które pojawiły się we mnie od chwili, kiedy poznałem tematykę projektu. To czas prób odnalezienia w ciele gestów przy wschodzie słońca i obserwacje ludzi na spacerze, ich ciał. To moment rozpostarcia 60m folii i poczucie w ciele fizyczności tego procesu. Ból mięśni przed tańcem. To poszukiwanie światła, które pozwoli opowiedzieć tę opowieść w taki sposób, w jaki ciało ją opowiada. To pot. Drżenie. Cisza i dźwięk, który na końcu tej drogi powraca do całej opowiadanej historii, jak szum wiatru, który zbiera notatki i szkice…
To jest jak przeglądanie wspomnień i kalek pod mikroskopem. Medytacja w moim ciele ruchowym.
„Historie w dłonie zbierane” Wojtka Grabałowskiego zaczynają się od pytania o ciężar wspomnień. Nie w sensie poetyckiej dekoracji, raczej fizycznie: ile waży obraz, który wraca w śnie; ile waży gest przejęty od kogoś; ile waży maska noszona tak długo, że przestała wyglądać jak maska. Artysta mówi o tikach, odruchach bezwarunkowych, snach, symbolach przenikających do codziennego życia. Pamięć nie zostaje zamknięta w narracji. Przecieka przez ciało, łapie się palców, miednicy, mięśni, spojrzenia na ludzi idących o poranku.
Proces Grabałowskiego ma charakter zbierania. Szkicowanie, spisywanie słów, próby przy wschodzie słońca, obserwacje spacerujących osób, rozpostarcie sześćdziesięciu metrów folii, szukanie światła, ból mięśni, pot, drżenie, cisza, dźwięk wracający jak szum wiatru. Ten opis jest sam w sobie partyturą. Nie prowadzi od pomysłu do realizacji prostą linią. Bardziej przypomina narastanie materiału: coś zapisuje się w notesie, coś w dłoniach, coś w plecach po pracy z folią, coś w oku ustawiającym światło.
Folia jest tutaj szczególnie wymowna. Sześćdziesiąt metrów materiału trzeba rozłożyć, chwycić, przeciągnąć, unieść, ujarzmić albo pozwolić mu pracować. Folia szeleści, odbija światło, łapie powietrze, stawia opór. Jest krucha i monumentalna naraz. Może przypominać skórę, całun, pejzaż, powierzchnię pamięci, która marszczy się przy każdym dotknięciu. Ciało nie obcuje z nią jak z rekwizytem. Musi wejść w jej fizyczność. Mięśnie bolą przed tańcem, zanim jeszcze zacznie się właściwy ruch. Materiał wymusza przygotowanie, zmienia oddech, zostawia w ciele ślad pracy.
Dłonie nadają tytułowi ciężar praktyczny. Zbierają historie nie przez metaforyczny gest, ale przez kontakt. Palce dotykają, zapisują, rozciągają, sprawdzają fakturę, prowadzą linię. Grabałowski pisze, że słucha i porusza od końcówek palców po miednicę. To ważne, bo ciało nie zostaje potraktowane jako jednolita bryła ekspresji. Ma odcinki, kanały, różne temperatury czucia. Palce mogą uruchomić lawinę. Miednica może nieść pamięć głębiej, wolniej, z większym ciężarem. Ruch przechodzi przez ciało jak prąd o zmiennym napięciu.
W tej pracy sen nie jest ucieczką od rzeczywistości. Działa jak magazyn obrazów, które nadal chcą coś zrobić z ciałem. „Sny o Lataniu”, „Taniec tak, jakby nikt nie patrzył”, „Z(a)nikanie” — przywołane przez artystę frazy układają serię stanów: uniesienie, swoboda, zanikanie, próba wymknięcia się widzialności. Lot może być pragnieniem lekkości, ale ciało pracujące z folią pamięta ciężar. Taniec bez patrzących brzmi jak obietnica ruchu pozbawionego oceny. Zanikanie wprowadza cień: ciało może chcieć zniknąć, bo zbyt wiele niesie albo zbyt długo było oglądane w cudzym porządku.
Grabałowski nazywa swoją praktykę medytacją w ciele ruchowym oraz przeglądaniem wspomnień i kalek pod mikroskopem. To porównanie dobrze oddaje napięcie między intuicją a precyzją. Medytacja nie rozmywa materiału. Mikroskop go zagęszcza. Ciało nie płynie dowolnie przez obrazy, tylko przygląda się im z bliska: tikom, odruchom, maskom, snom, gestom złapanym o świcie. Pamięć pod mikroskopem nie jest czysta. Ma zanieczyszczenia, rysy, powtórzenia, fragmenty cudzych historii przyklejone do własnych.
Świt działa w tej choreografii jak stan przejściowy. Ludzie na spacerze są jeszcze trochę wyjęci z dziennej roli. Ciała idą inaczej, wolniej, mniej pokazowo. Światło dopiero ustawia przedmioty. Grabałowski szuka gestów właśnie wtedy, gdy dzień nie zdążył jeszcze przykryć ciała obowiązkiem. To bliskie jego pracy z pamięcią: najwięcej można czasem zobaczyć w momencie przed pełnym uruchomieniem społecznej maski. Poranne ciało ma inną szczerość. Bywa sztywne, senne, odsłonięte, jeszcze niedopięte.
Ważne pozostaje także pochodzenie praktyki artysty z wielu mediów. Grabałowski pracuje z malarstwem, rzeźbą, muzyką, poezją, tańcem, instalacją i performansem. W „Historiach…” te dziedziny nie są osobnymi narzędziami poukładanymi obok siebie. Raczej nakładają się na sposób myślenia o ruchu. Folia może być rzeźbą i partnerem tańca. Światło może działać malarsko, ale też choreograficznie, bo decyduje, co ciało odsłania. Dźwięk może wracać jak wiatr zbierający notatki. Słowo nie tłumaczy ruchu; uruchamia jego kolejną warstwę.
Praca ma w sobie ciemność i jasność, lecz nie jako łatwy podział. Artysta sam pisze o fascynacji tym, jak traumy i społeczne warunkowanie wpływają na ludzi, o znanych i zapomnianych światach, o pokoleniowych traumach, o pięknie i mroku. W „Historiach…” te jakości przechodzą przez jedną fizyczną czynność: zbieranie. Dłoń może zbierać światło, kurz, wspomnienia, cudze ruchy, własne sny. Może też zbierać resztki po czymś trudnym, czego nie da się już odtw扼rzyć jako pełnej opowieści.
Najbardziej żywy wydaje się tu proces przed pokazem. Pot, drżenie, ból mięśni, cisza — te słowa nie są dodatkiem do opisu. One ustawiają temperaturę pracy. Taniec nie wyłania się z czystego natchnienia. Powstaje przez rozkładanie materiału, przez czekanie na światło, przez obserwację, przez notatki, przez fizyczne zmęczenie. Ciało nie „wyraża” pamięci z bezpiecznej odległości. Samo zostaje wciągnięte w jej logistykę. Musi przenieść, rozpostrzeć, potrzymać, powtórzyć, wytrzymać.
„Historie w dłonie zbierane” można czytać jako żywą instalację pamięci. Nie jako obiekt do oglądania, raczej jako układ pracy: ciało, folia, świt, dźwięk, zapis, obserwacja, sny. Każdy element ma własny opór. Folia nie chce zachowywać się dokładnie tak, jak planuje ciało. Wspomnienie nie chce wejść w jasną opowieść. Sen nie daje pełnego tłumaczenia. Dłoń zbiera, ale nie zawsze wie, co trzyma. Właśnie ta niepewność nadaje pracy sens. Pamięć rzadko przychodzi jako zamknięty pakiet. Częściej jako szelest, błysk, drżenie, ból mięśnia, obraz, który powraca bez pytania.
Na końcu zostaje szum. Artysta przywołuje dźwięk jak wiatr, który zbiera notatki i szkice. To piękny, a zarazem konkretny obraz pracy choreograficznej. Wiatr nie porządkuje materiału w archiwalne teczki. Przesuwa go, miesza, podnosi, rozrzuca, układa chwilowo w nowe konfiguracje. Tak działa tu ruch. Zbiera historie w dłonie, ale nie unieruchamia ich. Pozwala im przejść przez palce, przez folię, przez poranne światło, przez ciało, które tańczy z tym, co pamięta i z tym, czego jeszcze nie umie nazwać.

Jestem artystą multimedialnym. Poszukuję form zapisanych w ciele. Począwszy od medytacji, w której otwieram pokłady pamięci po analizowanie snów. Od końcówek palców, po miednicę słucham i poruszam. Uruchomiam gestami lawinę i piszę. I ruszam. I tańczę. Zawsze w szerokiej obserwacji świata na zewnątrz.
Urodziłem się w Szczecinie, a obecnie, po 18 latach pobytu w Londynie, tworzę we Wrocławiu. Moja sztuka jest intuicyjna i oscyluje na różnych poziomach, które wyrażam w multimedialnych poszukiwaniach. Od malarstwa po rzeźbę, od muzyki po poezję i taniec, wykorzystuję wszystkie te środki wyrazu, by stworzyć żywe instalacje-performance. Zawsze fascynował mnie teatr i taniec, ich dynamiczny aspekt i to w jaki sposób mogą oddziaływać na publiczność i budować pejzaże, te na pozór znane, ale tak często tylko iluzoryczne. Wierzę, że życie jest mieszanką ciemności i światła - jedno i drugie jest potrzebne dla równowagi. Eksploruję płaszczyzny, obserwując jak traumy i społeczne warunkowanie wpływają na ludzi. Od piękna po mrok, eksploruję światy te znane, jak i zapomniane, senne i drzemiące w nas pokoleniowe traumy.
Kilka moich projektów. Dwukrotna rezydencja z Teatrem Rozbark, gdzie tworzyłem i reżyserowałem performance - „Sny o Lataniu” i „Tańcz tak, jakby nikt nie patrzył”, Transformacje: projekt malarsko performatywny zrealizowany w Bulvary we Wrocławiu, Współudział w projekcie tanecznym na Noc Muzeów oraz budowanie instalacji i wielokrotne organizowanie warsztatów tańca w Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu, Performance „Dialogi Miłości – Pamięć Pozorna” zrealizowany w Pawilonie Bliska 12 w Warszawie oraz w Teatrze Chrobrego 14 w Zielonej Górze, wideo i performance „Pamięć Hasa” dla Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu, performance na Festiwalu Mandala we Wrocławiu.
Przeglądaj wszystkie